niedziela, 12 lutego 2012

..."świeży" lęk i niesforne myśli...

...powietrze w sypialni zgęstniało niczym tłamszone przez wielką tłocznię...tłocznię niesfornych myśli...6:05 mrok nad Alejami zaczyna powoli ustępować budzącym do życia ledwie dostrzegalnym reakcjom termojądrowym zachodzącym na słońcu...jakaś niezwykła siła nie pozwalała na sen...zasłużony,okupiony nocnymi mailami z Nią gdzieś z drugiej półkuli...gdzie internet jest najtańszy między ichnią czwartą a siódmą rano...
...poczucie pustki w łóżku sprawiło że nie mogłem dłużej leżeć...coś pchało mnie każąc,przymuszając, z grymasem bólu pod wpływem nieskoordynowanych ruchów jeszcze zaspanych mięśni...do jak najszybszej ewakuacji z pod parzącej samotnością kołdry...pośpiesznie założyłem ubranie,buty,płaszcz,owinąłem się szczelnie szalem i wybiegłem zatrzaskując za sobą drzwi...a echo niesione po klatce zdążyłem jeszcze usłyszeć wybiegając z budynku...
...niezwykle silny mróz otoczył mnie z każdej strony swoją nieznośną lekkością bytu-po prostu nadszedł nie zapytawszy nikogo o zgodę i sympatię...głęboki oddech pobudził wszystko co jeszcze spało do życia w moim organizmie przyprawiając o ból płuc ale nie mogłem nie zaciągać się wciąż na nowo i jeszcze raz i jeszcze aż nozdrza zaczęły sklejać się ze sobą...tak jakbym chciał się za coś ukarać biczując siebie za pomocą tej mroźnej rózgi...potrzebowałem obecności ludzi,ich mijania na ulicy,tego gwaru im towarzyszącemu,tych uśmiechów wymienianych,spojrzeń rentgenujących wszystkich dookoła...jak by ich obecność miała mnie wybawić od niesfornych myśli kłujących od środka...
...zacząłem iść w kierunku ronda Dmowskiego...samochody tłoczyły się na każdym pasie ruchu...tramwaje swym stukotem o zmrożone szyny wybijały rytmiczny marsz ku poskromieniu tychże myśli...złakniony odwzajemnienia spoglądałem na ludzi idących,wysiadających z tramwajów,znajdujących się w tych wszystkich restauracjach serwujących śniadaniowe menu i usadawiających przy wielkich przeszklonych ścianach nawołując głód każdego przechodnia do wybudzenia się z letargu...
...ludzie z przerażającą mnie swobodą są zamknięci za szczelną barierą słuchawek ipodowskich zmierzających niczym w szczelnych kopułach z wyznaczonym azymutem między drogą do pracy a ścieżką kariery zamknięci w sobie prą ku celowi mijając się co dzień latami nawet nie wymieniają spojrzeń...tym bardziej mnie obcego w tym hermetycznym strumieniu ludzi pędzących Alejami o szóstej trzydzieści pozbawili złudzeń nie rzuciwszy nawet przepraszam potrącając,przepychając kiedy zatrzymałem się nie mogąc się otrząsnąć z ich obojętności...zawróciłem,przyśpieszyłem kroku w oszalałej ucieczce przed nieszczęsnym wpadnięciem w taki nurt i czym prędzej skręciłem w Nowy Świat...
...chciałem uciec sam nie wiem przed czym...musiałem biec...powietrze paliło płuca,kaleczyło usta swą mroźną etykietą,smagało policzki chłodem rujnując cały system termoregulacyjny...przyprawiając wątrobę o mdłości...z tarczycy zdejmując resztkę tyroksyny...gdzieś na wysokości Ordynackiej płuca pozbawiły mnie złudzeń...dławiąc się kaszląc i parując wszelkimi możliwymi częściami ciała usiadłem na ławce próbując złapać oddech...w głowie mi się kręciło... mięśnie drgając w częstoskurczu pozbawiły mnie resztek godnego wyglądu...
...nagle do mnie dotarło to ostatnie zdanie w Jej mejlu...które niczym pędzący parowy pociąg pcha mnie dzisiejszego poranka po powykrzywianych torach mych myśli..."zwiedziliśmy jeden z sierocińców.dzieci tu są śliczne i kochane...kiedy i My będziemy mieli takie?..."
...to nie pozwalało mi spać i pchało w ten niemal samobójczy pęd...to lęk...ten sam co wygnał mnie z sypialni zagęszczając powietrze...lęk przed tym że nigdy wcześniej nie stawiałem się w roli ojca...ojcowie powinni znać odpowiedzi na wszystkie pytania i umieć wszystko naprawić a ja???
...ja nawet nie wiem jak długi jest wszechświat,dlaczego "ul" właśnie tak się nazywa...a tym bardziej nie wiem jak złożyć rozwaloną pozytywkę...ja...ja co najwyżej umiem połączyć smak teriyaki z wołowiną choć najbardziej cudowny jest połączony z łososiem...
...ojciec przez całe dzieciństwo burzył we mnie wolę walki,tłamsił wytrwałość podkopując tym samym moje poczucie siły tak potrzebnej do trwania w dzisiejszym zwariowanie pędzącym świecie aksjo-normatywnym...nie chcę być jak on z tą swoją wyższością i pogardą dla ludzi innych niż on sam...a jednak lęk przed tym czy wartości którymi sam się kieruje przekazane potomstwu nie narażą go na kpiny,agresję,w końcu marginalizację...
...oddech stał się płytszy,dłonie przestały się trząść wraz z resztą członków...silny głód zaczął ściskać mój żołądek wypierając z niego powoli lęk...musiałem czym prędzej wrócić do domu by coś zjeść...chciało mi się tłuszczu...przeszedłem na drugą stronę ulicy do delikatesów i kupiłem świeże podgardle,kawałek słoniny,i łopatki oraz cebulę...
...wszedłem do mieszkania powitany radosną ciepłotą...dołożyłem drwa do kominka...położyłem zakupy na stole,umyłem ręce...lęk gdzieś zniknął...odszedł...pewnie na chwil parę...
...słoninę pierwszą pokroiłem w drobną kostkę i podlawszy odrobiną wody zacząłem dusić pod przykryciem...resztę pokroiłem w kostkę o grubości centymetra...obrałem cebulę i również ją łkając niemiłosiernie pokroiłem w kostkę...kiedy po około piętnastu minutach skwarki zmiękły odkryłem je i pozwoliłem by ze słoniny zrobił się smalec...w tej niedużej ilości tłuszczu zacząłem smażyć kolejno podgardle i łopatkę...tylko gdy mięso zrumieniło się z każdej ze stron dorzuciłem cebulę...posoliłem,dodałem pieprzu a także pieprzu ziołowego w sporej ilości,liść laurowy,ziele angielskie...i dusiłem wszystko razem aż woda odparuje,cebula delikatnie zacznie się rozpadać a zapach docierający do mojego nosa nasunie na wspomnienia rozmowę z moim Dziadkiem z tej wschodniej części Polski...zawsze kiedy było świniobicie Dziadek przyrządzał "świeżonkę"...pamiętam tą ostatnią kiedy byłem już na tyle duży by móc mu pomagać i uczyć się zarazem...a Dziadek opowiadał...o tym co w życiu ważne,czym się kierować,którędy iść i na co uważać...choć za największych wrogów ludzi zawsze uważał nas samych...to mówił o respekcie do natury i poszanowania jej integralności...nagrzałem piekarnik...mięso ciągle mieszając dusiłem powoli rozkoszując się tym zapachem tłustego mięsa z odrobiną przypraw...mięso powoli mięknie i staje się chrupiące rumieniąc się z każdej strony...włożyłem bułki razowe do piekarnika...posiekałem natkę rosnącą "tu" na oknie w kuchni...mięso wraz z odrobiną tłuszczu i kawałkami cebuli i skwarek wyłożyłem do talerza który zazwyczaj służy mi do podawania past...zaparzyłem herbatę w dużym kubku...i rozpocząłem rozkoszowanie się tym cudowną w smaku i aromacie " świeżonką"...pamiętając słowa Dziadka jakże cenne w tych lękliwych dla mnie chwilach...i znów poczułem się małym chłopcem któremu Dziadek pokazał że w ciemności nie ma się czego bać...

piątek, 27 stycznia 2012

..."To" i czarna ziemia...

...tuż przed południem pędząc z północy wdarłem się w stolicy odmęt... tętniące ulice swymi świetlnymi pulsatorami spowalniają i przyśpieszają rytm tego miasta czyniąc go niepowtarzalnym...ciut przed tym jak zaparkowałem swoje auto w podziemnym parkingu zawiał wiatr przynosząc niezbyt mroźne powietrze i chmurę wolno opadającego śniegu...wszedłem do mieszkania,na pozór nic w nim się nie zmieniło...po za tym iż nieco chłodniejsza panowała w nim atmosfera...walizkę postawiłem w sypialni...za oknem śnieg swymi niezwykle wielkimi płatkami i powolnymi ruchami powietrza poganianego przez wiatr zaczął przykrywać dachy Warszawskich blokowisk,biurowców,wieżowców i tych pozapominanych kamienic...przypomniałem sobie iż nie wziąłem torby z "darami" przywiezionymi z nad morza i zawróciłem gnąc schodami w dół by zaraz wracać tak na górę...
...powoli zamknąłem za sobą drzwi bez trzasku,zdjąłem kurtkę,szal,buty i wszedłem do salonu...wtem z głośników zaczął wydobywać się głos Marii Callas śpiewającą przepiękną arię z "Madame Butterfly" Pucciniego...w kuchni stał mój sąsiad z dołu...ekspres nagrzewał się powoli próbując nadrobić stracony czas...sąsiad trzymając w ręku małą butelkę ze zraszaczem psikał wodą na moje zioła stojące teraz "tu na oknie" w kuchni...z pieczołowitą dokładnością starał się by żadnego nie przegapić,nie pominąć...kiedy go przywitałem był niezwykle przestraszony i zażenowany do tego stopnia iż dostał hiperwentylacji...z kieszeni wyjął papierową torbę i zaczął intensywnie oddychać...po chwili uspokoił się...usiadł na fotelu zaskakując mnie trochę swoją swobodą i zaczął przepraszać...że on nie chciał...że tylko wpadł podlać zioła(fakt zostawiłem  jego matce klucze na wszelki wypadek)...gdyż myślał iż na długo wyjechałem...i za arię...opera to jego jedyna przyjemność...oraz grzebanie w czarnej ziemi bo ona jest czystsza niż najbielsze kłamstwo...
...muszę Ci się odwdzięczyć powiedziałem...zostań na obiedzie...mam złowionego na wędkę śledzia atlantyckiego...ładna sztuka miała ze czterdzieści centymetrów...a póki co to zrobię kawy... sąsiad podał mi swoją filiżankę...zupełnie bym zapomniał że przecież cierpi na nerwicę natręctw lękając się brudu tego świata...wliczając to także mój bród...
...choć i tak robi postępy...wcześniej niczego nie dotykał a tu siedzi w moim fotelu...postawiłem przed nim parującą filiżankę z intensywnym aromatem kawy...rozpaliłem w kominku...blask i ciepło bijące od niego rozległo się po salonie powoli i dostojnie...
...za oknem przestało sypać,a zza przewianej przez wiatr chmury wyjrzało niezbyt wysoko osadzone na horyzoncie słońce...jego krwisto pomarańczowe promienie skrzyły się figlując po dachu kamienicy z naprzeciwka...znamionując tym samym ochłodzenie się aury na zewnątrz...
...uwielbiam taką pogodę rzekłem...
...wtem sąsiad zaczął mówić...jakby słowa dojrzewały w nim czekając na tą chwilę kiedy nie pytane będą mogły wylać się z tej skrytki...nie lubi stycznia...właśnie wtedy dokładnie szesnastego dwa lata temu wydarzyło się "To"...wracał z pracy jak co dzień koło szesnastej...jak co dzień na kolację kupił córce jej ulubionego świeżo wypieczonego croissanta...był umówiony z tą panią z jednej z tych piekarni co sami wypiekają na miejscu pieczywo by zawsze przed szesnastą wstawiała kilka sztuk miedzy innymi dla niego...otworzył drzwi mieszkania lekko zgrzany,w ich bloku z wielkiej płyty jak zwykle nie działała winda...rozebrał się i rozejrzał po pustym mieszkaniu...dopiero kiedy odkładał rogala do szafki zauważył liścik...nawet w pierwszym momencie ucieszył się że żona zadbała by się nie martwił...zadbała...by się nie martwił-na zawsze...ale on ciągle się martwi...o córkę...do dziś wspomina smak tych croissantów lekko rozmoczonych przez łzy...i wydźwięk słów rozlanych po białej kartce papieru "tak naprawdę nigdy Cię nie kochałam"...
...kiedy on tak opowiadał w salonie zrobiło się przytulnie ciepło od kominka...a ja postanowiłem że zajmę się obiadem...wyjąłem śledzia...wypatroszonego świeżego,przedzieliłem na pół i odciąłem kręgosłup i głowę...dwa piękne płaty czystego mięsa pozbawiłem resztek ości...osoliłem i popieprzyłem...schowałem do lodówki...kromki lekko wyschniętego pieczywa tostowego pozbawiłem skórek...pokrojone w kostkę wrzuciłem do blendera...zerwałem kilka gałązek natki,koperku,tymianku,rozmarynu i drobno zsiekałem...uruchomiłem blender mieląc pieczywo na drobny puch...dorzuciłem zioła i wspólnie przez chwilę miksowałem tworząc jednolitą i na wpół sypką masę coś a'la bułkę tartą o łąkowym aromacie ziół...w moździerzu zmieliłem kilka ziarenek pieprzu,ziela angielskiego i goździków...jedną z moich ulubionych mieszanek...i dodałem równie mieszając całość...
..."To" zmieniło cały jego miniświat nad którym myślał że ma kontrolę...teraz nie miał do kogo wracać każdego wieczora,ani dla kogo wysilać się w pracy...nie widział sensu golić się aż w końcu nawet wstawać z łóżka...to trwało miesiącami...zaszył się w myślach gdzie "To" zawiązywało jego życie na supły każdej nocy na nowo...po kilku miesiącach jego matka zorganizowała pomoc...po której myślał że sobie poradzi...zaczął szukać córki i żony...i kiedy w Londynie zobaczył Nowego odprowadzającego jego córkę do szkoły znów pękł...kolejne miesiące gdzie z nikim nie rozmawiał...walcząc z samym sobą i rodzącym się lękiem przed całym światem...
...wziąłem kilka borowików suszonych i ugotowałem je...wstawiłem także ziemniaki na piure...wziąłem także małą cebulę i pokroiwszy w drobną kostkę wrzuciłem na rozgrzane masło skwierczące na patelni...obłędny zapach rozpierzchł się po kuchni i salonie...zmniejszyłem ogień....cebula nabrała złocisto brunatnej barwy i słodkawego aromatu...grzyby gdy już się ugotowały odcedziłem...wszystko razem z cebulą usmażoną wrzuciłem do blendera i zmiksowałem na gładka masę...ziemniaki już prawie zmiękły...
...pamięta to jak dziś jej szyderczy śmiech wśród jej znajomych(jego kumpli z pracy można było zobaczyć co najwyżej na "skypie")z tej jego porażki życiowej jak to określił...kiedyś jak pracował w tej dużej firmie informatycznej pracowali nad dużym projektem...właściwie on miał inne zadania ale cała firma "żyła"tym projektem...i to on któregoś dnia siedząc po godzinach z kumplem odpowiedzialnym za jakąś tam część znalazł pomysł na progres...tak iż następnego dnia kolega przedstawiając to "rozwiązanie" pomógł innym na złączenie wszystkiego w całość i firma odniosła pełen sukces na rynku informatycznym...kolega nigdy nie wspomniał o jego współudziale...sam awansował i po niedługim czasie stał się współudziałowcem tej firmy...a on pozostał w cieniu nie mając złamanego grosza ze swojego pomysłu...choć może to i dobrze...wtedy Olga ich córka zaczęła chorować,jak każde dziecko w przedszkolu...on miał pracę zadaniową więc poświęcił się Oldze...nie brał dodatkowych zleceń,harował jak szalony i pędził do domu...a żona zaczęła "mieć nadgodziny"jak wtedy myślał...gdy jej o tym wydarzeniu opowiedział nie rozumiał dlaczego uznała go za frajera i nieudacznika wyśmiewając przy każdej okazji wśród znajomych...ciągle nie może przestać tak o sobie myśleć...
...ziemniaki zacząłem odparowywać...tłukąc je niemiłosiernie dodałem odrobinę masła i śmietanki kiedy pozbyłem się już grudek dodałem zmiksowane grzyby sprawiając iż zapach tego piure stał się obłędny...
...obrałem marchewkę i pora...rozdrobniłem w kostkę...marchew zblanszowałem,by następnie podsmażyć ją krótko na maśle razem z porem...
...do małego rondelka wcisnąłem cytrynę dodając łyżkę miodu i wody...oraz świeżo zmielony czarny pieprz zagotowując wszystko razem sprawiając radość każdemu kto tylko mógł to powąchać...
...dziś są w sądownej separacji...może spotykać się z Olgą...ale nie stać go na bilety do Londynu...po utracie pracy wynajął to wspólne mieszkanie i płaci z nich przysądzone jeszcze wtedy gdy pracował(będąc na zwolnieniu) alimenty...sam zamieszkał z matką...i chciałby mieć w sobie na tyle odwagi by wyjść na spacer po jak to określił "brudnych stolicy ulicach"...ale on nie lubi stycznia gdyż w styczniu wydarzyło się "To"...
...filety śledziowe obtoczyłem w tym ziołowym crust'cie i położyłem na rozgrzanym oleju...zapach skwierczącej ryby sprawił iż sąsiad na chwilę zaniemówił...otworzyłem schłodzoną butelkę chilijskiego Casas Patronales ze szczepu sauvignon blanc...
...na talerzu który pozwoliłem sąsiadowi umyć tuż przed  wraz ze sztućcami położyłem grzybowe piure na wierzch filet śledziowy w ziołowej panierce obok podsmażony por i marchew...polałem pomadą miodowo-cytrynową...smak okazał się nieziemski...niezwykłe połączenie aromatów świeżych ziół z grzybami śledziem i miodem przyprawił nas obu w lekki stan uniesienia tak iż zapomniawszy o wszystkim zupełnie niefortunnie tuż po obiedzie zaproponowałem spacer gdyż właśnie słońce miało powoli zacząć zachodzić skrząc się w pozostałościach po około południowej śnieżycy...
...wtem rzucił przekątnie pytanie czy kiedyś będzie mógł pogrzebać trochę przy ziołach...i wyszedł nie czekając na odpowiedź ściskając w kieszeni swą papierową torbę...
...i zostałem sam z jego czarnym jak ziemia światem poprzecinanym przez białe kłamstwa...

poniedziałek, 16 stycznia 2012

...błądząc we mgle...

 ...15:28 czas błąka się po wskazówkach mojego zegarka Guess nie potrafiąc znaleźć należytego rytmu dnia...wlekąc się bez celu...choć już mu dawno go wyznaczyłam...właśnie kopiuję do archiwum analizę dla Procter & Gamble na temat targetu dla najnowszych perfum Lacoste...potem wydrukuję swoją tworzoną od tygodnia listę rzeczy które muszę spakować na naszą wycieczkę pracowniczą...
...co z tą cholerną kopiarką...hmm...papier się wciął...
...cholera to już jutro...jeszcze muszę kupić parę drobiazgów...buty trekingowe czy coś takiego...
tak się cieszę...choć poniekąd połowicznie...nie mogę rozgryźć dlaczego odmówił...dziwnie się wykręcił że musi...no właśnie co???
...
...nie dzięki mam kawkę(Karolina z działu obok...ona to ma strasznie dziwne...nakryła swojego faceta w łóżku ze swoją byłą...nie robiła mu awantur na tydzień się wyprowadziła...on przyznał się do wszystkiego błagając by od niego nie odchodziła - nie odeszła...lecz w ramach rewanżu...pojechała na tygodniowe wakacje do Egiptu by podrywać jednonocnych Arabów a w Wa-wie poukładane życie z tym jednym  facetem,bez flirtów w pracy czy gdziekolwiek...odpokutowując swoje puszczenie się z tymi jak to ona określiła facetami o gładkich komplementach i skrajnie wybuchającej miłości na jedną noc...)
...uff nareszcie koniec tego kopiowania...jak będę wychodziła to zaniosę do archiwum...
...dlaczego skłamał...zawsze kiedy próbuje coś ukryć patrzy przez moje lewe ramię a potem udając że spogląda prosto w moje oczy wzrok kieruje na jakieś odległe miejsce za mną...bał się?czego?konfrontacji z moim kierownikiem?...niemożliwe...
...spotkał go tylko raz gdy przyjechał po mnie a myśmy wychodzili wtedy razem...nie zapomnę jego miny kiedy pożegnaliśmy się pocałunkiem w policzek...lekkiego zdumienia trzymanego na wodzy...silnej zazdrosnej irytacji stłamszonej przez niemoc...i tej fantastycznej miny obojętności nieskrywającej do końca wszystkich znamion tego że gdyby mógł to by porachował mu kości...do dzisiaj uwielbiam się z Nim droczyć...wspominam o tym jak kierownik mile mnie zaskoczył...a wtedy jego twarz przybiera ten sam wyraz...co zawsze przyprawia mnie o rumieniec i lekkie podniecenie...
...nie mówi mi wszystkiego... o rodzicach,o sobie,o tym dlaczego bywa smutny( często kiedy przychodzę  to ułamek sekundy mija nim sie rozwesela)...ja nie dopytuje...niewiedza jest błogosławieństwem...przynajmniej na razie ... z resztą w drugą stronę funkcjonuje tak samo...oj gdyby On wiedział co my z Andżelą wyprawiamy jak idziemy poszaleć...raz prawie przeholowałam i musiałam mu o ty powiedzieć...i nie zapomnę tych jego oczu następnego dnia...potwornie smutnych z wylewającą się wszystkim szczelinami niską samooceną...od tamtej pory...właściwie nie szaleje...parę razy wyskoczyłam gdzieś z Andżelą albo z kumplami z pracy...ale mogę przyznać przed samą sobą że byłam grzeczna...
...mam listę...hmmm...sporo tego...pakować się dziś czy nie...dziś!
...a te rzeczy co muszę dokupić...podskoczę do Arkadii tam wszystko dostanę...z Andżelą umówię się u mnie ..zjemy coś i raz dwa ogarniemy zakupy...
...co już 16:00 szybko,szybko na tramwaj...że też ja muszę wracać w godzinach szczytu...i ta ciągła chlapa niemalże nie poślizgnęłam się w tych swoich szpilkach...i ten tłok...przepraszam nie widzi pan że tam już nie ma miejsca...zaraz podjedzie następny...ja to mam szczęście wracać z jakąś zgrają robotników śmierdzących fajkami,potem i kiełbasą...nie wiem akurat dlaczego nią... będę musiała kiedyś przeprowadzić analizę tego segmentu...
...uff nareszcie w domu...co ja mam przygotować niech zajrzę do zamrażalki...o krewetki...dawno nie jadłam...zrobię według Jego przepisu...ostatnim razem jak zrobił to zjedliśmy chyba kilogram...
...nastawiłam płytę Możdżera "The Time" i mogę przystąpić do gotowania...
...najpierw krewetki zacząć rozmrażać w wodzie...najszybciej będzie w ciepłej...może jednak lepiej w zimnej...w między czasie posiekam czosnek...trzy czy cztery ząbki? cztery będziemy lepiej chronione przed krwiopijcami z Arkadii...i chili...cholera nie mam...poszukam coś w szafkach co by było podobne w działaniu...pasta curry też ostra ale nie,pieprz cayenne tylko w ostateczności,o jest sambal olek...On kazał mi to kupić na taką właśnie sytuacje a ja o tym totalnie nie pamiętałam...krewetki już odpuściły...
...to rozgrzeje olej na patelni a w między czasie by było szybciej to umyje natkę...o rozgrzał się już nawet się lekko dymi...kurde jak to pryska o i zaczęło się pienić i gotować a nie smażyć...muszę się go zapytać jak tego uniknąć następnym razem... wreszcie krewetki zróżowiały a woda już całkiem wyparowała...dorzucam czosnek i sambal olek...hmmm jego niebyły takie czerwone będzie ostre... dobra teraz kieliszek brandy i podpalić...uważać na grzywkę...wow teraz wiem o czym mówił...i kieliszek wina nie więcej i trochę go odparować i dorzucić masło by powstał sos...na koniec posypać natką...tak nic nie szkodzi że jest grubo posiekana...zapachniało nieziemsko i kiszki grają mi marsza...chyba o czymś zapomniałam na pewno,zawsze mi się to przytrafia...
Dryń,dryń...o jest Andżela mam nadzieję że odczytała mojego smsa i kupiła bagietkę w piekarni...
...Hej!...ma...
...usiadłyśmy na sofie z talerzami pachnącymi bosko i schłodzonymi kieliszkami z Reslingiem...niepowtarzalny aromat krewetek,czosnku,wina,natki i chili doprowadzał nas niemalże do ekstazy...pierwszy kęs przyniósł lekkie rozczarowanie...już podaję solniczkę...
...ruszyłyśmy na zakupy oddając się nim bez reszty...choć tłok ludzi szukających ostatnich sztuk wyprzedaży przyprawia o mdłości...to udało nam się w miarę sprawnie wszystko ogarnąć...
...lekko zmęczona wróciłam do domu pożegnawszy się z Andżelą na przystanku tramwajowym...
...zaczęłam pakowanie...muszę pamiętać że tam gdzie jedziemy nie jest wcale tak gorąco...zapowiadają 15 stopni...dobrze że zrobiłam sobie listę...inaczej na pewno bym czegoś zapomniała...uff nareszcie koniec...mogę być z siebie dumna...walizki się domknęły...tylko jak ja te cztery wielkie toboły dostarczę na lotnisko...nie mogę się poddawać na samym początku...
...prysznic nareszcie...
...budzik ustawiony niech tylko sen swą błogością mnie otuli...cóż pożegnał się ze mną tylko telefonicznie...fakt jadę tylko na półtora tygodnia...
...5:00 "Cwał Walkirii" znów bezlitośnie przerwał mój sen...ledwo co zdążyłam wstać a nieco przestraszyło i zaskoczyło pukanie do drzwi...
...za nimi stał On...w tym swoim eleganckim płaszczu co go zakłada tylko jak gdzieś wychodzimy...świeżo ogolony i pachnący tak ostro i świeżo zarazem perfumami Kenzo Pour Homme...jego oczy znów patrzyły na  mnie hipnotycznie tak iż dopiero po chwili zaprosiłam Go do środka...i dopiero wtedy byłam lekko zażenowana faktem iż jestem totalnie nieprzygotowana na goszczenie kogokolwiek...i gdy chciałam ewakuować się do toalety zatrzymał mnie i pocałował tymi lekko chłodnymi wargami...
...kiedy wychodziłam z łazienki czekał już z zaparzoną kawą...obok leżały posmarowane masłem bajgle...pamiętał że je uwielbiam...znów przyglądał się mi tymi tęsknymi oczami...iż zaczęłam co raz bardziej żałować iż jade...On powiedział mi bym się nim nie przejmowała,że wyjedziemy gdzieś razem...a on nie chce wnikać i poniekąd naruszać tego jak to określił "mikrokosmosu" jaki stworzyliśmy w pracy w pełni go szanując...
...wyszliśmy na mroczne i mgliste powietrze jakie okalało stolicę...zapakował wszystkie walizki do samochodu i odwiózł mnie na lotnisko mknąc ulicami...o ile nie stawaliśmy w korkach...na lotnisku dał mi kanapkę z bułki z ziarnami i serkiem topionym i pomidorem malinowym(jak on je dostał o tej porze roku)taką samą jaką ja mu podarowałam...
nie byliśmy pierwsi...wymienił tylko "uprzejme" spojrzenie z kierownikiem...pocałował tak bym miała co wspominać przez najbliższe godziny i objął mnie tak iż znów poczułam że będę jego na zawsze...
...samolot zaczął krążyć po zamglonej płycie lotniska a ja błądziłam w myślach spowitych mgłą rozterek,namiętności i rodzącej się tęsknoty...zastanawiając się czy uda mi się pogodzić tak przeciwległe światy tworzące mój mały kosmos...

czwartek, 12 stycznia 2012

...przełamując fale...

...otworzyłem oczy...mrok otaczał całe pomieszczenie...zza okna szum fal rozbijających się o brzeg tłamsił ciszę w niewspółmierny do wiatru wydźwięk...przez okno widok wzburzonego morza skupiał wzrok,po niebie wicher gna kłębiące się chmury...w powstałej w nich dziurze Księżyc w pełni roztoczył łunę blasku od horyzontu po brzeg skąpany w bałwanach morskich...na lśniące morze w tej poświacie mógłbym patrzeć godzinami nie zapadając się w nudnej senności odmenty...co i rusz ku temu blaskowi latarnik odpowiadał swoją łuną...
...Ona wyjechała do Indii na jakąś trekkingową wycieczkę którą w ramach integracji zorganizowała Jej firma...
niby mogłem jechać z Nią,choć wiedziałem jak zależy Jej by znajomi z pracy poznali mnie...jakaś część mnie pragnęła pozostać nieZnajomym...ukrywawszy się w tej odległej korporacyjnemu światu firm krainie zwanej po prostu Domem...gdzie po zamknięciu drzwi czas spowalnia a rzeczywistość przenosi nas w inny wymiar ...pozwalając by utopijne marzenia o beztroskim funkcjonowaniu bez pośpiechu,bez całej tej gonitwy za tym by jednocześnie "być" i "mieć",bez groteskowej zabawy w "podchody biurowe" ...stanęły przed nami na wyciągnięcie ręki tak realne i bliskie...gdzie kolacja jest wydarzeniem na miarę "Obiadów Czwartkowych" z całym przepychem i idącą w parze konwersacją...
...pozostawiony samemu sobie miotany chmurnymi myślami uciekłem od wielkomiejskiego życia bez Niej...choć na chwilę...odsapnąć,złapać oddech...
...przeprowadzić defragmentacje całej partycji płata czołowego by móc na nowo poukładać swoje ja...podjąć walkę z tymi dążącymi do samounicestwienia myślami pełnymi fal krytyki...biczujących niczym morze brzeg tą kruchą wątłą zamkniętą we mnie istotę samoświadomości...
...poranek nie nadchodził...chłód zaczął okalać pokój w tym niewielkim domku na skraju skarpy niedaleko Rozewia...domek ojca kiedy jeszcze wycieczki jak ta w którą teraz zabrał Mamę nie odebrały mu miłości do Bałtyku...a teraz gdzieś pewnie nurkuje na Oceanie Indyjskim...otuliłem się kocem,zaparzyłem kawy i popijając ją wpatrywałem się w zmierzające ku brzegowi fale przełamywane przez skały u podnóża skarpy...
...rankiem udałem się do kuzyna ojca który mieszka tu całkiem niedaleko do naszego domu i dogląda go w zimie...po ciepłym przywitaniu i wspólnym śniadaniu stryj nie krył ciekawości co  mnie tu sprowadza...zwłaszcza że ojciec dawno przestał nawet dzwonić...przyjął mój pomysł by wybrać się na  morze łodzią i połowić dorsza z niej...następnego poranka tuż przed świtem byliśmy umówieni...
...poszedłem na spacer...przez iglasty las w kierunku skarpy i odszukałem stare zrobione jeszcze przez dziadka drewniane schody prowadzące na dół na skalisty brzeg...jednak niewiele osób wiedziało że tu na  tej tak rzadko uczęszczanej plaży pełnej kamieni jest jedno zakole wolne od twardych śliskich głazów gdzie można się ukryć w blasku słonecznych promieni przed wiatrem ogrodzeni od morza wielkim kamieniem...
...przemiłe wspomnienie z poprzedniego lata kiedy pewnego piątkowego popołudnia podjechałem po Nią do pracy a kiedy wsiadła oświadczyłem że jedziemy na szalony weekend nad morze i że musi zmienić plany...faktycznie był szalony...dotarliśmy w nocy i od razu pobiegliśmy na skraj skarpy by co sił i rozwagi w nogach zejść schodami w dół i nie zważając na nic wbiec do morza wyjątkowo ciepłego tej nocy...a kiedy cali mokrzy wróciliśmy do domku otulić się wzajemnie sobą nawzajem rozgrzewając tak iż ostatnie krople morskiej wody wyparowały ze skóry wsłuchiwać się w szum przełamujących się o skalisty brzeg fal...
...sobotę i pół Niedzieli spędziliśmy na spacerach,rozmowach i wylegiwaniu się w owym tajemniczym miejscu gdzie rzadko kiedy czyjś wzrok dosięga...wtedy rozsmakowałem Ją w świeżo łowionych rybach...flądrze usmażonej na turystycznej kuchence na plaży...oprószonej tylko solą i pieprzem,lekko obtoczonej w mące...hmmm...kruchość rumianej skórki,delikatna konsystencja mięsa...no oczywiście ości zawsze dodają tylko uroku takiemu wspólnemu posiłkowi...zawsze można oblizać palce...
...po za spacerem po plaży w ten zimowy dzień i nieco wyziębiającym zwłaszcza gdy wiatr wiał od strony morza niewiele można robić w takim miejscu...większa cześć mężczyzn pływa na kutrach,a pozostała topi smutki w kolejno opróżnianych butelkach wina... stryj zaszedł do mnie spytawszy czy jeśli zjem dziś rybę to czy nie stracę ochoty na jutrzejszy połów...
...przyjąłem więc zaproszenie na obiad...stryj żyje skromnie a ciocia to urocza kobieta odkąd pamiętam krzątająca się po kuchni...a ja zawsze lubiłem jej pomagać...wszedłem do kuchni ciocia kończyła właśnie porcjować już wyfiletowanego dorsza,oprószyła solą i pieprzem i wrzuciła w mąkę...dostałem bojowe zadanie obrania ziemniaków i kilku cebul...z małego worka foliowego tajemniczo brązowo-ciemnego ciocia wysypała do miseczki kilka mrożonych podgrzybków które jak sama mówiła nazbierała we wrześniu...pocięła w plastry...tuż obok gdy z ledwością wyrobiłem się z obraniem na czas cebuli sprawnym ruchem pokroiła ją w pół krążki i wsypała na patelnię jeszcze zimną z odrobiną oleju na dnie...wstawiła ziemniaki soląc tylko sobie znaną miarą szczypt tak jakby liczyła wypadające ziarenka soli...kiedy cebula lekko się zeszkliła a nawet rzekłbym zarumieniła znacznie ciocia wrzuciła podgrzybki dorzucając odrobinę masła...i soląc i pieprząc nieznacznie...na drugiej patelni rozgrzała olej i zaczęła obsmażać dorsza na rumiano z każdej ze stron...i tu nastąpiło coś czego bym się nigdy po cioci nie spodziewał z szafki wyjęła otwartą butelkę białego wina i dolała do duszących się grzybów by chwilę później dołożyć gęstą słodką śmietankę...obsmażone kawałki dorsza przełożyła do sosu i tylko pozwoliła by zagotowało się to wspólnie...cudny aromat grzybów i smażonej ryby docierał w każdy zakamarek moich nozdrzy budząc ospałe ostatnio wściekłe psy w moim żołądku...ziemniaki się ugotowały a ciocia potrząsając z lekka garnkiem odparowała je...na domiar złego wyjęła z lodówki zrobioną wcześniej kapustę kiszoną z odrobiną słodkiego jabłka i ostrej cebuli lekko kwaśną,słodką,cudną w swym małym kolarzu smaków...zjedliśmy a wyborny smak rozwiązał nam języki sprawiając iż po uczcie zostałem u nich do późnego popołudnia...
...wszedłem do pokoju usiadłem wpatrzony w morze i cieszący się na jutrzejszy rejs...
...zasnąłem...
...zbudził mnie silny wicher i szum jeszcze silniejszych fal...i wtedy to do mnie dotarło tak silne i pewne ...postanowiłem iż pozostanę niczym ten głaz broniący tak pięknego zakątka i będę przełamywał fale samokrytyki płynącej gdzieś tam z rozjątrzonej niskiej samooceny by to co Nas łączy pozostało niczym nie zmącone...

wtorek, 27 grudnia 2011

...szukając codziennej Codzienności...

...słońce tuż koło południa zajrzało przez szyby do salonu oznajmiając tym samym o panującym na zewnątrz mrozie...bezdźwięczna chwila...przerwana przez przejeżdżający gdzieś w dole autobus...wydała się nader kusząca w swej niefrasobliwej grze pozornej kakofonii dnia...by wyrwać się z letargu bezświadomości i wtargnieniem swoim przerwać zamkniętą elipsę powtarzalności...za oknem ten sam codziennie zmieniający się widok ze stałymi elementami...budynków,przystanków,jezdni i wiecznie korkujących się samochodów i autobusów z każdym dniem ułudnie przypominający wczoraj...tylko o dzień starszy...na zimę siwiejący...niby dojrzalszy ponaglany doświadczeniem lecz popełniający wszelkie błędy młodości...jak go zmienić?jak ustawić się do tej czasoprzestrzeni by móc ją wyprofilować pozostając w opozycji i nie popłynąć z pędem codziennej codzienności w cyklu powtarzalności...
...zaparzyłem kawy stojąc jeszcze w nocnej bieliźnie i ciesząc się może z ostatnich promyków słońca w tym roku... gorący napar dostarczając tą zaprzyjaźnioną z moim krwiobiegiem kofeinę wywołał dawno nie odzywające się wściekłe psy grasujące po moim żołądku...wszedłem do kuchni a aromat ziół rosnących tu na oknie przeniósł umysł na rozpromienioną słońcem łąkę w którą biegnąc co sił opadamy tuląc się w te wszystkie zapachy aromaty i wonie...głód dążył za swoim ponaglając...otworzyłem zaklętą lodówkę i znalazłem  trochę pieczarek,cebulę,masło...to wystarczyło...włączyłem piekarnik by odpiec bułkę paryską...pod patelnią rozpaliłem płomień powoli rozpuszczając masło...cebulę szybko naciąłem w kostkę...drobną...dorzuciłem do jeszcze nie rozgrzanego a już płynnego masła pozwalając by żółty tłuszcz pokrył drobinki warzywa okalając dokładnie z każdej ze stron niczym tętniące życiem miasto otacza każdego jej mieszkańca niezależnie czy tego właśnie chce...cudny aromat rozprzestrzenił się po kuchni...zacząłem ścierać na tarce pieczarki...by chwile później dorzucić do całkiem już zrumienionej cebuli o lekko słodkawej woni...pieczarki odrazu puściły wodę a ja z premedytacją dusiłem je dotąd aż odparowała się cała...w świeżo wypieczonej bułce zrobiłem dziurę nożem do nadziewania... nałożyłem farsz do worka do szprycowania i zacząłem nadziewać bułki...hmmm...ten cudny smak świeżych pieczarek,lekko słodkawy od cebuli i pachnący masłem...przypomniał mi smak słynnych "hot-dogów" z pieczarkami które można było kupić na Nowomiejskiej wychodząc z Rynku Starego miasta...
...rozsmakowując się w nich zacząłem przyglądać się rozświetlanym promykami słońca dachom okolicznych budynków...nagłe i całkiem niespodziewane pukanie do drzwi ocknęło mnie z tych nurtujących myśli by swoją postawą pozostać niezmiennym wobec zmieniającego się świata a jednocześnie czynnie nie trwać w monotonii chwil upływających każdego dnia tak samo...
...otworzyłem drzwi by ujrzeć ukrywającego się za nimi sąsiada z mieszkania pode mną...lekko przestraszonego faktem iż mimo że przyszedł do mnie to otworzyłem mu...czasem z lękiem robimy rzeczy pełni nadziei że w ostatniej chwili coś nas uratuje i zwolni z przerażającego nas wyzwania...zaprosiłem go do środka...w rękach trzymał doniczkę z frapująco pachnącym ziołem...była to lawenda...
...nie został nawet na kawę...nie dotknął żadnego przedmiotu,nie usiadł na fotelu...wymieniliśmy kilka zdań...o pogodzie,zbliżającym się końcu roku i mojej krótkiej nieobecności...wyszedł... czasem do mnie wpada na kilka minut nigdy niczego nie je,nie pije,niczego nie dotyka...jest ciut starszy ode mnie kiedyś pracował jako informatyk w dużej korporacji...teraz mieszka z matką,od której dowiedziałem się że cierpi na nerwicę natręctw po tym jak dwa lata temu żona wraz z córką zniknęła z jego życia... nie tłumacząc mu dlaczego nie ma już dla nich jutra...pozostawiając krótką informację by ich nie szukał... oczywiście że szukał...odeszła z kolegą z pracy...przenieśli się do Londynu...nawet widział jego odprowadzającego ich córkę do szkoły...po depresji pozostał mu lęk przed światem,jego brudem i obsesyjna chęć pozostania czystym...
...cieszę się że zdobywa się na tą walkę z samym sobą i czasem do mnie przychodzi pogadać o pogodzie...
...zapach lawendy wprawił mnie w oszałamiającą potrzebę wykorzystania pewnego przepisu który poznałem na wycieczce po Lombardii... ubrałem się i wyszedłem na spacer i jednoczesne zakupy by móc przygotować kolację... Aleje Jerozolimskie swym mroźnym powietrzem pełnym wielkomiejskiej mieszanki zapachów otuliły mnie...powędrowałem ku sklepom by kupić pierś z kurczaka razem z kością od skrzydła i skórą,ser Ricotta i kilka pomarańczy...do tego kuskus i kilka świeżych fig...
...dzień w swej odwiecznej walce z nocą musiał ustąpić pola i pozwolić na nadejście mroku...
...rozpaliłem w kominku...w kuchni wciąż królował zapach lawendy...pierś osoliłem grubo ziarnistą solą morską,czarnym pieprzem świeżo zmielonym z młynka posypałem po wierzchu...Ricottę lekko osoliłem i wymieszałem ze sporą ilością kwiatów lawendy następnie workiem do szprycowania wcisnąłem tą masę pod skórę piersi...figi naciąłem od góry...zagotowałem bulion wyjęty z zamrażalnika...nagrzałem piekarnik...
...na największym płomieniu postawiłem patelnię i lekko skropiłem oliwą...by na dobrze rozgrzanym tłuszczu zacząć rumienić począwszy od skóry pierś z kurczaka...intensywny i delikatny zarazem aromat rozszedł się po kuchni i okolicy gdyż na chwilę otworzyłem okno...do żaroodpornego naczynia wsypałem kuskus i zalałem go bulionem zmniejszając o jedną trzecią proporcje na wierzch położyłem figi źdźbła lawendy i piersi z kurczaka skórą do góry...przykryłem i wstawiłem do nagrzanego piekarnika na dwadzieścia minut...z obranych pomarańczy wyciąłem fileciki,by z pozostałego miąższu wycisnąć sok do rondelka i zredukować z odrobiną cukru...na sam koniec dorzucając fileciki i nie dusząc by się nie rozpadły...
...nałożywszy połowę potrawy zaniosłem na dół do sąsiada w podziękowaniu za nadanie nowego aromatu dzisiejszemu dniowi...otworzyła jego matka nieco zaskoczona...
...jest tuż przed dziewiętnastą kiedy w całym mieszkaniu panowała aura jak łąkach Lombardi porośniętych lawędą wreszcie zrozumiałem że nieunikniona jest codzienność...pozostawanie w opozycji to odnajdywanie małych przyjemności które nadają tej powtarzalności dnia swój odrębny rozdział pełen barw,smaków i aromatów...jak choćby lawendy...
...dźwięk przekluczanych zamków znamionujący Jej nadejście...odnalazł  jeszcze jeden pozytyw  codziennej Codzienności...

wtorek, 13 grudnia 2011

...krusząc niemiłosiernie...

...poranek zmierzchał się ku szarościom dnia snując się przez śródmiejskie osiedla tworząc swą czarno-białą opowieść o nieskrywanej samotności tłumu tłoczącego się na przystankach tramwajów...stukot wdarł się w monotonię dźwięków za którym tak tęskniłem...wyrywając z gęstej masy tłumów garść za garścią ludzi niewyróżniających się z tła a jednak walczących o swoją niepowtarzalność...perspektywa okna w sypialni pozwala z zabawnym spostrzeżeniem ten proces oglądać...6:57 zawsze ta sama szaro-beżowa grupa mieszkańców stolicy zmierza ku przystankowi by nieczekawszy chwili odjechać stukocącym tramwajem lini 24 w kierunku Gocławka...mężczyzna w grafitowym płaszczu z szalem w tym samym deseniu co dzień trzymający "wyborczą" przychodzi zawsze pięć minut wcześniej i udając że czyta obserwuje młodą kobietę zawsze w szpilkach obojętnie od temperatury,zadeszczenia czy zatrważającej ilości śniegu na owym przystanku,ona zawsze niedostrzeżenie nie dostrzega tych spojrzeń co i rusz poprawiając zawsze rozpuszczone na plecy włosy w kolorze pszenicy...mężczyzna zawsze wsiada za nią wciągając w nozdrza jej perfumy i pewnie nie przestaje o niej myśleć nawet po przerwie lunchowej...flirtują już tak drugi rok...i wierze że kiedyś on podejdzie do niej i jak nigdy dotychczas w swoim życiu-pełen odwagi z całkowicie opanowanym głosem zaproponuje by od dziś razem jeździli tym tramwajem wcześniej jedząc wspólnie śniadanie...takie kruszące się niemiłosiernie uczucie?gdy piętnaście minut później widzę go jadącego z powrotem...około rok temu zmienił miejsce pracy...lecz nie może sobie odmówić tej nadziei że kiedyś się odważy...człowiek wszystko może zmienić byle pozostała w nim nadzieja na to "coś" ważnego w jego życiu...
...zaparzyłem sobie kawy...odpiekłem croissanta...dorzuciłem drwa do kominka...i rozsiadłszy się w fotelu pławiłem w myślach(krusząc niemiłosiernie)...że już nie muszę udawać że czytam "wyborczą" na przystanku...ta myśl przyprawia mnie o szelmowski uśmieszek za każdym razem kiedy do mnie dociera jakim to Szczęściem jest Ona...moim Szczęściem...
...przyjemne ciepło biło od kominka...z głośników Bjork śpiewa o pełni miłości...południe zastało mnie z książką w ręku i pustej filiżance po kawie...wściekłe psy grasujące w żołądku znów dały o sobie znać ujadając...otworzyłem zaklętą lodówkę mając nadzieje że nie będę musiał jeszcze wychodzić na ten nie rozgrzany od nieobecnego słońca dwór by coś zjeść na ten wczesny lunch...jajka,trochę liści szpinaku,plaster wiejskiej szynki,otwarta butelka rieslinga...hmm...właściwie czemu nie pomyślałem i zabrałem się do podszykowania dawno nie jedzonych jajek po benedyktyńsku...odpaliłem palnik,płomień buchnął okalając postawiony na nim rondel i w jednej sekundzie odparowywując kropelki wody z zewnętrznych jego brzegów...nalałem wody,posoliłem i zakwasiłem octem winnym...na jeszcze mniejszym palniku w jeszcze mniejszym rondelku zacząłem odparowywać kieliszek rieslinga z dwiema szczyptami soli i cukru i źdźbłem tymianku rosnącego tu na oknie w kuchni...do małej miseczki wybiłem cztery żółtka i postawiłem na rondlu z zakwaszoną wodą i zmniejszyłem na minimalny płomień...mikserem na najszybszych obrotach zacząłem ucierać żółtka napuszając masę ze szczyptą cukru... i dolewawszy powoli,stopniowo odparowany do jednej czwartej kieliszek rieslinga...uważając by się nie przegrzały ucierałem intensywnie je aż zaczęły gęstnieć i wtedy zestawiłem z oparów wodnych...na chłodnym blacie kiedy żółtka jeszcze nie zaczęły opadać zacząłem rózgą wtłaczać sklarowane masło w ilości około stu gram...dbając oto by się nie zważył...na koniec dodałem odrobinę zredukowanego soku pomarańczowego nadając intensywnie cytrusowy aromat aczkolwiek nie na tyle by zawładnął tym sosem Hollandaise...
...rozgrzałem olej na patelni...i zrumieniłem przekrojony na pół plaster szynki z obu stron...cudny aromat i dźwięk skwierczącego tłuszczu sprawił że ujadanie w moim brzuchu wzmogło się głusząc wszystko dookoła...
...w tym samym czasie wlałem dwa jajka na intensywnie gotującą się zakwaszoną wodę tworząc jajka w koszulkach gotowane nie za długo by żółtko pozostało płynne...po zdjęciu szynki wrzuciłem parę listków szpinaku szybko je soterując by nie straciły koloru...w piecyku bułeczki pszenne właśnie się upiekły,na jeszcze gorące połówki położyłem po pół plasterku szynki.po odrobinie szpinaku,po jajku w koszulkach polawszy sosem zapiekłem pod salamandrem aż się zrumienił...hmmm...ta rozkosz podniebienia i to że moje wściekłe psy kryjące się tam w żołądku natychmiast przestały ujadać sprawił że popadłem w leniwe rozczulenie...ocknąłem się z letargu...i znów niecne myśli dopadły mój umysł...nie udało mi się o wszystkim porozmawiać z Mamą...i bierna postawa i choroba oczu(jak zwykła mi zawsze tłumaczyć w dzieciństwie kiedy zbierało się Jej na płacz) objawiająca się silnym łzawieniem sprawiły że domyśliłem się że nie odejdzie od Ojca...ostatnio wydzwania On do mnie zapraszając na kolacje...a ja jak zawsze wymawiam się brakiem czasu...najwidoczniej tak musi być...
roztargniony tymi myślami wyszykowałem się wychodząc na przełaj w zmrożoną stolicy ulice...
teraz nie musiałem nurtować się czy do mnie przyjdzie...zawsze wpada koło dziewiętnastej na kolacje...czasem zostaje do rana,czasem wraca po nocy taksówkami...
...poszedłem zatłoczoną Marszałkowską w kierunku pl.Zbawiciela by tam u zaprzyjaźnionego sklepikarza kupić wycięte dwa steki z polędwicy tuńczyka błękitnopłetwego...uwielbiam jego smak...z patelni...nie dosmażonego w środku,oprószonego tylko solą morską i grubo zmielonym czarnym pieprzem...do tego sos ze zredukowanego z odrobiną cukru soku pomarańczowego albo z chutneyem z mango z chili i kolendrą,takiego go właśnie podam na kolacje razem z mieszanką sałat:kilkoma listkami ruccoli,roszponką,sałatą dębową,rukwią wodną i freeze...okraszone vinerettem z balsamico i musztardy Dijon z oliwą z Krety... i świeżą bagietką korzenną...
...nastawiłem pierwszą płytę The Police Outlandos d'Amour jeszcze winylową...na stoliku postawiłem dwa kieliszki do białego wina i cooler a w lodzie umieściłem Gewurztraminera z Włoskiego regionu górnej Adygi...
...pozapalałem świeczki ustawiając je na rogach okna...a na stoliku postawiłem klosz z wodą i pływającymi w niej kwiatami storczyka i świeczkami...blask od kominka odbijał się w szybach okien...znów zacząłem obserwować intensywnie oświetlone jak zawsze o tej porze roku Aleje Jerozolimskie...widzę ludzi wracających z pracy,tych z zakupami i tych powolnie kroczących zamyślonych i wymykających się ramom wszędobylskiemu pędowi nie zaspokojonej konsumpcji...
...dźwięk przekluczanych zamków ocknął mnie z tej kontemplacji...podszedłem do przedpokoju przywitać się z Nią...miała wyprostowaną grzywkę jak zawsze...i pachniała Burrbery Brit...a gdy zdjęła zimowy kobaltowy płaszczyk...miała na sobie sukienkę w ciemnym graficie i białe duże grochy,bez ramion ze sporym dekoltem eksponując to zawsze działające na mnie miejsce u splotu piersi...jej oczy jak zawsze przedstawiały tą głębię w którą pragnąłem się zanurzyć na zawsze...
...usiedliśmy...podałem steki z tuńczyka z oboma sosami i sałatami...nalałem wina i zaczęliśmy jak zawsze rozmawiać,śmiejąc się i żartując,opowiadając sobie upływający z każdą minutą dzień...opowiedziałem Jej historię mężczyzny i kobiety z przystanku tramwajowego i to jak teraz wygląda świat z perspektywy okna...wskazując jak wielce mnie cieszy że siedzi teraz obok(i kruszy niemiłosiernie) bagietką...

środa, 7 grudnia 2011

...zmierzając ku równowadze...

...za dwie godziny będę w Warszawie...o 19:50 samolot kołuje po płycie Zurychskiego lotniska...mogę się oddać zadowoleniu i miłej kontemplacji o sobie samym...
...mija równo tydzień...wiedziałem że uda się sfinalizować ten kontrakt...choć nawet w najśmielszych przypuszczeniach nie sądziłem że pójdzie aż tak szybko...razem z Klausem tworzymy zgrany duet... już  szesnaście firm "zeswataliśmy" ze sobą...męczy mnie to i gniecie niemiłosiernie że tak cholernie zazdroszczę mu jego biura...niby tylko czterdzieści metrów ale gdzie...przy Bellerivestrasse na ostatnim piętrze... z widokiem na jezioro i Chinagarten...ale to nic w porównaniu z tym co kryje się za rzeźbionymi drzwiami z mahoniu pozyskanego z amerykańskiej Swieteni...na tle przeszklonej ściany stoi kolonialne biurko z palisandru ręcznie rzeźbione,okute miedzią i jak mówi Klaus kupione na wycieczce po indyjskim Rajastanie podobno od tego samego producenta mebli który rzeźbił dla brytyjskiej rodziny królewskiej...ale nie to jest takie irytujące a fakt że na prawej ścianie wisi obraz Chu Teh Chuna  kupiony na aukcji Sotheby's...nigdy nie kupiłem tam...parę razy licytowałem odpadając w przed biegach gdy po kilku podbiciach ci co naprawdę chcą kupić dają cenę tak wysoką że tylko te osoby które stać i którym zależy zostają...ja co najwyżej mogę pochwalić się obrazem Jacka Malczewskiego...
poznałem Klausa dokładnie osiem lat temu...przyjechał do Polski pomóc sfinalizować kontrakt firmy w której  akurat pracowałem z Niemieckim inwestorem...odrazu złapaliśmy wspólny język,jak się okazało kończyliśmy tą samą londyńską uczelnię,bawiliśmy się w tych samych klubach,słuchając Pink Floyd i będąc na tym samym  kameralnym koncercie jednym z pierwszych przyszłej gwiazdy Princa...szalony przełom lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych...w końcu nawiązaliśmy współpracę i dziś tworzymy zgrany duet...
...To ja podsunąłem pomysł by zabrać Japończyków do opery...był koncert Chopinowski zagrali Sonatę fortepianową b-moll...przy trzeciej części prezes japońskiego koncertu rozkleił się tak jak na pogrzebie swojej czternastoletniej córki...wiedziałem że popełniła samobójstwo...i dowiedziałem się że właśnie marsz pogrzebowy grali na jej pogrzebie(dlatego jestem tak cholernie dobry w tym co robię)...zakłopotany,zagubiony,trzymał fason ale myślami był zupełnie gdzie indziej...wtedy przycisnęliśmy a on i ta cała świta co nigdy nie podważa jego zdania tylko potwierdziła skinieniem głowy i podpisem przy umowie...nie będą żałować...ale nie targując się zapewnili nam niezły bonus...
...potem zjedliśmy kolację w Bar Miracle niedaleko biura Klausa...włoska knajpka z pysznym risotto vongole  i pizzą san daniele a na deser pyszne tiramisu...muszę się zapytać znów syna jak to się przyrządza...kiedyś już mi tłumaczył,nawet pokazywał,ale ja nie mam pamięci do takich pierdół...właśnie-muszę go zaprosić na kolację...pogadać...czy dzieje się coś ciekawego w jego życiu...może z kimś się spotyka...
...następnych kilka dni po podpisaniu kontraktu miałem już dla siebie...Klaus wyjechał...a ja zająłem się jego asystentką Larą...przyjemna z niej kobieta...inteligentna,wiedząca czego szuka,i czego chce...oj tak to czego chciała ode mnie w pokoju w Storchem hotel...hmmm...na długo pozostanie w mojej głowie...ciekawe czy Klaus wie jak z niej aparatka...
...pilot właśnie ogłosił że będziemy lądować...jeszcze tylko odprawa...
...kiedy wyszedłem na korytarz i zmierzając do wyjścia ujrzałem Ją-moją żonę zawsze wiernie stojącą czekając na mnie na lotnisku...poczułem się podle z powodu tych wszystkich moich niecnych sprawek o których zapewne nie ma bladego pojęcia a które tylko przez chwile gryzą moje sumienie...dlatego wyjąłem kupione na Banhoffstrase kolczyki i zawieszkę by na moich szalkach szczęścia małżeńskiego i rozpusty wynikła równowaga...dlatego za dwa tygodnie jadę z Larą do Kaprunu...